poniedziałek, 30 grudnia 2013

Wsiąść do pociągu... bydlę jakiego...

Mój Bob śpi,
ale o budowniczych
też trochę będzie 
Bob śpi, więc coś naskrobię.
Wybieram się jutro na dworzec PKP żeby kupić bilet... Tak planując, w którym momencie dnia wyrwać kilka minut, przypomniałam sobie, jak to pewnego dnia wracałam pociągiem z pracy. Jechałam pośpiesznym, podróż trwała około dwie godziny, te 2 (słownie dwie) godziny były wtedy dla mnie wiecznością. Obskurny pociąg, obskurne wagony. Wybrałam, wydawało mi się taki akuratny. Siedział pod oknem jeden gościu, więc usiadłam po przeciwnej stronie. Facet niewiele starszy ode mnie, w skórze, w miarę elegancko ubrany, wydawał się nieszkodliwy, a chwilę po tym jak ruszyliśmy zaczął kimać. Ja wyciągnęłam jakieś papiery i zaczęłam przeglądać. Normalni pasażerowie, podroż jak każda inna. Po pewnym czasie mój współpasażer się przebudził, przeciągnął, ziewnął i zaczął się kręcić. Po chwili oparł głowę o zagłówek i zaczął na mnie patrzeć. Również zerknęłam na niego, ale spoko, żadnej wymiany wzroku bazyliszków i tego typu rzeczy.