piątek, 26 września 2014

Pamiętniki z wakacji

Ostatnio weszłam na nasz blog i własnym oczom (+1,5 na lewe i +1,75 na prawe i astygmatyzm) nie wierzyłam, że tak bardzo dawno nie pisałam... Koniec wakacji, więc koniec opierdziuchy... Pora zacząć nadrabiać zaległości, bo jak będę musiała pisać z jeszcze większym opóźnieniem to mi czasu na inne przyjemności nie starczy...
Wakacje jak wakacje, sezon urlopowy, a że my z moim Zbokiem nie odbiegamy od reszty, zawinęliśmy manele, wzięliśmy dzieciaki i pojechaliśmy nad morze...
Dzień za dniem leciał w ciszy i spokoju jak u każdego wczasowicza: rano lodzik i masowanie, potem zbieranie dzieciarni po mieście na śniadanko. Powrót do pokoju hotelowego, ale teraz tylko lodzik albo masowanko :P i na plaże lub w inne atrakcyjne miejsca, np. na deptak, który po jednym dniu każdy znał na pamięć... Tak jak napisałam prawie wcale nie odbiegamy od normalnej polskiej katolickiej rodziny (no przegięłam z tą "katolicką":) ) ... Pewnego radosnego dnia pomimo ulewy już pod koniec urlopu doznałam objawienia, spróbowałam gry w cymbergeja! (osłanka Pawłowiczowa pewnie na widok tej gry obstrukcji dostaje) Poczułam, że jestem w tej grze "miszczem nad miszczami"! Tak mi dobrze szło ogrywanie mojego Bobiczka, że postanowiłam się założyć... Zapomniałam kompletnie o tym, że ja przegrywam z nim wszystkie zakłady... ale co tam! - pełna nadziei na rozpierdolenie w drzazgi tego zepsutego koła fortuny i postawienia nowego, różowiutkiego z kwiatkami i z napisem "Olcia WINS"  na każdym polu - podałam Zbokowi rękę, Dzidziuch przecięła i się zaczęło... Graliśmy w trójkę; ja, moja siostra i mój Kocur, Malwa nas szybciutko rozpykała (okazało się, że jest takim lepszym miszczem nad miszczami nad miszczami)... zostaliśmy we dwójkę... Gra była zacięta... Łeb w łeb... i o mały włos... taki malusi z piczki kłaczek... nie zrobiłabym z siebie totalnego pajaca. Fortuna niestety ponownie nie była łaskawa i zupełnie niegotowa na wymianę koła i tym starym brzydkim kołem zakręciła się dla Zboka (muszę sprawdzić czy ta Fortuna czegoś z moim Bobiczkiem na boku nie kręci... sprzedajna mała c.pa, ale ona nie wie, że On tylko mój jest, a jakby dla mnie ładnie zakręciła to może bym ją do trójkącika zaprosiła :P)... Stanęło na tym, że jak zakład przegrany to trzeba honorowo do sprawy podejść... W centrum nadmorskiej miejscowości w  środku sezonu najpierw wbiłam sobie loda w czoło (wyglądałam jak jednorożec z bajek Pinki), a potem przeparadowałam główną ulicą mieściny ubrana w lodową czapeczkę. Na szczęście mogłam wybrać smak. Wybrałam śmietankowe, bo w wyobraźni  rozsądziłam, że czekoladowe nie są aż tak twarzowe... hm... a może stworzyłam nowy trend w modzie?!




podsumowanie:
ilość dni niepisania: całe mnóstwo
ilość lodów, które zapoczątkowały nową modę: 2
ilość zakładów przegranych:...a z miliard
ilość zakładów w toku (do 31/12/2016): 1 

P.S. Pierdzionka oczywiście niet! 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz