wtorek, 21 stycznia 2014

Dlaczego, naprawdę nie lubię poniedziałków

Jest takie powiedzenie, że jaki poniedziałek taki cały tydzień... Mój poniedziałek obfitował tyloma sytuacjami, że sama nie wiem czy był odjechany czy troszkę ponarzekać tylko... hmmm... narzekanie nie leży jednak w mojej naturze (od bucowania jest Zbok i inni marsjanie :P ... ale zacznę od początku. Wstałam rano jak zawsze - wszystko w standardzie, czyli piekielny wyziew, ropa w oczach, suchary w nosie :) ...i cudne masowanko (nie jedno:) ), zrobiłam Bobbiemu kanapki do pracy. Ja mam pracę stacjonarną więc mogę cały dzień na golasa podatki liczyć i myszką/ę kilikać ;) (jakieś wtedy mniej nudne moje zajęcie się wydaje:))) - wzięłam się do pracy... po jakimś czasie okazało się, że moje kochanie załatwiło mi rozmowę o pracę (w chwili obecnej jestem dojeżdżającą "narzeczoną" zboka:D - tak jeszcze maksymalnie przez dwa miesiące a potem może korzystać z mojego grzesznego ciała bez ograniczeń) Wszystko byłoby super... perspektywa nowej pracy i tak dalej... Tylko, że ja przyjeżdżając do zboka nie zabieram ze sobą - nawet tak na wszelki wypadek strojów biznesowych (właściwie to garsonki nadal nie mam). Moja garderoba składa się z "cipogniotów", wszelkiej maści, kolorów i deseni...  kolorowych skarpetek i bluz, bluzek i koszulek, których w największym przypływie megaoptymizmu nie można by nazwać reprezentacyjnymi...