niedziela, 22 lutego 2015

Pierwszy tydzień z Rollo (dni 3-9)

Nadszedł poniedziałek i wyjścia po Robaka do pracy... krótko mówiąc i dłużej pisząc jest superancko! Metoda wyczytana w książce o tresurze zwierząt naprawdę działa! Mega postępy w chodzeniu na smyczy, opanowaniu ciągnięcia (mrrr... ). Ponad siedmiokilometrowy spacer był przyjemnością i niepotrzebnie się bałam niespodzianek. We wtorek i kolejne dni już było tylko lepiej. Pomimo obaw pani Oli ze schroniska, Rollo naprawdę elegancko zachowuje się na linewce. Odważę się nawet powiedzieć, że zaczyna równać! Ale żeby nie było, że tylko same ochy i achy to wszystko jest zajedwabiście do momentu wejścia do parku przy którym pracuje Zbok. Wtedy ja wyglądam jakbym była inspektorem gadżetem, który ma nad wyraz długie ramię, a Rollo astmę. Gdybym jakimś zbiegiem okoliczności, musiała nieść na plecach latawiec, to wiem, że ten park muszę omijać szerokim łukiem, bo będzie to mój pierwszy krok w paralotniarstwie.

niedziela, 15 lutego 2015

Walentynkowy weekend 2015 (dni 1-2)

Sobota
Pobudka około ósmej i pierwsza poranna toaleta. Rude bydlątko tym razem bez awanturowania się zeszło po schodach. Załatwił wszystko co trzeba, a po powrocie rozglądał się po domu. Po południu pojechaliśmy na nasz pierwszy walentynkowy spacer dookoła ulubionego jeziorka MufolaRudzielcowi też tam się bardzo podoba, mało ludzi, las i pełno psich ciekawostek i zapachów. Rollo biega jak wariat - często rozwija smycz i plącze ją wokół nas i drzew.
Okazało się, że nasza psina nie jest taka niewinna jak się na początku wydawało. Różowa świnka, taka, w której Muffol dał radę zepsuć tylko "chrumkaczkę", która wydawała się niezniszczalna... okazała się zniszczalna :) Rollo po błyskawicznym uciszeniu "chrumkaczki" w swoim egzemplarzu, zmasakrował jej ryjek i odgryzł nogę... bohatersko wyrwałam mu urwaną nogę z pyska :)

piątek, 13 lutego 2015

piątek 13 lutego 2015 (dzień 0)

Nadszedł smutny dzień odwiezienia Pinki do Zoo* :P , który w drodze powrotnej zamienił się w radosną wyprawę po naszego nowego morświna! Po drodze złapaliśmy na hak naszej Tojki młodego i bardzo przestraszonego, ale przemiłego chłopca z Ukrainy, który oślepiony słońcem wjechał nam "w żopu". (Pozdrowionka Jaroslav!)  Nam nic się nie stało, ale fordzik, którym jechał Jaro stracił chłodnicę, światło i zderzak. No i okazało się, że ten piątek trzynastego nie dla wszystkich był taki szczęśliwy jak dla nas. Żeby nie rozmnażać głupich przesądów zapakowaliśmy chłopaczynę do fury i odstawiliśmy do domu nadrabiając kilka kilometrów. Opóźnienie szybko zrelacjonowałam czekającej na nas w schronisku Pani Oli.
Adopcyjne formalności (oficjalnie to Zbok jest właścicielem), krótki zapoznawczy spacer i uściski dawnej opiekunki! Wyruszyliśmy do domu!